Dziś pożegnaliśmy - zmarłą 11 kwietnia 2011 r.- Joannę Hasior.
Msza pożegnalna odbyła się w kaplicy Ośrodka Caritas w Myczkowcach, w którym to Ośrodku Pani Joanna znalazła wreszcie ciepłą przystań.
Piszę: wreszcie, bo tych przystanków w bieszczadzkiej wędrówce Pani Joanny było już kilka. Chciałabym może napisać coś "sierioznego" o obecności Pani Hasiorowej w naszym życiu, ale przychodzą mi do głowy same radosne i groteskowe chwile.
Ot, na przykład, jak skarżyła się, że nie może znieść wzroku "tych bezczelnych strusi" - gdy mieszkała w Smereku w sąsiedztwie hodowli strusi.
Gdy przeniosła się do Tarnawy Niżnej, wszystkich instruowała: "Proszę do mnie dzwonić w poniedziałek i czwartek od 18.00 do 18.15". Wtedy właśnie wychodziła na "zakręt" i stawała "na kamieniu", by - łapiąc zasięg - porozumieć się ze światem. Za każdym razem, gdy dzwoniłam -wyobrażenie starszej Pani sterczącej na kamieniu, na zakręcie, wyłapującej zasięg - rozbrajał mnie do reszty.
Podobnie jak historia, o której opowiedziała mi Kasia Romysłowicz: w nowym miejscu pobytu Pani Hasiorowej, mimo rozlicznych zalet przystanku , doskwierał jej hałasujący muzyką syn gospodyni. Na muzykę "młodych", której nie mogła pojąć (a spać się chciało!) znalazła proste rozwiązanie: kupiła pomarańczowe słuchawki drwali (ochronniki słuchu) i włączyła je do zestawu bielizny nocnej...
Na każdym wernisażu, spotkaniu obowiązkowo - powtarzam kategorycznie - obowiązkowo musieliśmy odśpiewać Pani Joannie "Puszkina" Bułata Okudżawy ("Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno...").
Taaak, wiem, niebanalna postać, ale nie byłoby uczciwe, gdyby umknęło to, co najważniejsze: szalona Pani Hasiorowa, mówiła o rzeczach ważnych.
Dopiero dziś dojrzewam do Jej postulatu artystycznego, ale - myślę, również moralnego- "nie wolno powtarzać rzeczy brzydkich, trzeba malować rzeczy piękne, trzeba pomnażać piękno tego świata,zwłaszcza jak się tu żyje".
Pani Joanno! Rżą konie u sań. I napewno Aleksander Siergiejewicz zaprasza do swoich sań, by zawieźć Panią - gdzie sobie Pani życzy....W naszych sercach zostanie Pani na zawsze....
Translate
środa, 13 kwietnia 2011
sobota, 5 lutego 2011
Obcy. Decydujące starcie.
Nie mogę mówić, więc przynajmniej coś napiszę.
Otóż - nie po raz pierwszy z resztą - doświadczyłam ostatnio jak żałośnie wypadają niesformatowane indywidua w zderzeniu z formularzami, kwestionariuszami i innymi bardzo uporządkowanymi dokumentami.
Scena: szpitalna izba przyjęć.
Osoby farsy:
Ona - tzw. Piguła, w średnim wieku, z odrostami;
Ja - w średnim wieku, z ciałem obcym w przełyku, bez odrostów.
Ona: Wykształcenie?
Ja: Wyższe.
Ona: Zawód wykonywany.
Ja: Ceramik. Artysta ceramik (dodaję po sekundzie, a co?)
Ona: Oooo, skończyła pani szkołę plastyczną?
Ja: Nie. Teatralną.
Ona: Tytuł ubezpieczenia?
Ja: KRUS. Ona: Wiek? - pytanie pada znad okularów, z wyraźnym politowaniem i już wiem, że Piguła najchętniej wysłałaby mnie na konsultacje psychiatryczne....
W czasie gdy jakaś "skopia" przeszukiwała mój przełyk w poszukiwaniu Obcego,
Krzyś był w pudełku pt. "Aktywność twórcza".
No i wymaścił mega-wielki-piękny serwis.
Aż mu zazdroszczę. No i podziwiam.
To mówiłam - o, pardonsik - pisałam ja, Róża Franczak
Otóż - nie po raz pierwszy z resztą - doświadczyłam ostatnio jak żałośnie wypadają niesformatowane indywidua w zderzeniu z formularzami, kwestionariuszami i innymi bardzo uporządkowanymi dokumentami.
Scena: szpitalna izba przyjęć.
Osoby farsy:
Ona - tzw. Piguła, w średnim wieku, z odrostami;
Ja - w średnim wieku, z ciałem obcym w przełyku, bez odrostów.
Ona: Wykształcenie?
Ja: Wyższe.
Ona: Zawód wykonywany.
Ja: Ceramik. Artysta ceramik (dodaję po sekundzie, a co?)
Ona: Oooo, skończyła pani szkołę plastyczną?
Ja: Nie. Teatralną.
Ona: Tytuł ubezpieczenia?
Ja: KRUS. Ona: Wiek? - pytanie pada znad okularów, z wyraźnym politowaniem i już wiem, że Piguła najchętniej wysłałaby mnie na konsultacje psychiatryczne....
W czasie gdy jakaś "skopia" przeszukiwała mój przełyk w poszukiwaniu Obcego,
Krzyś był w pudełku pt. "Aktywność twórcza".
No i wymaścił mega-wielki-piękny serwis.
Aż mu zazdroszczę. No i podziwiam.
To mówiłam - o, pardonsik - pisałam ja, Róża Franczak
piątek, 21 stycznia 2011
Ka ora!
Wczoraj spadł śnieg! Wreszcie zima ubrała się w stosowną kieckę i nie straszy jakimś, pożal się Boże, beżo-brudem. Dla mnie ma to o tyle zasadnicze znaczenie, że - jako szanujący się meteopata - mam szansę na ucieczkę z objęć depresji i "tumiwisizmu". Od razu świat jakoś wypiękniał i nic mnie już nie denerwuje: ani to, że Krzysiek wykradł mi zdjęcie wyderki, zamieścił na facebooku i znowu wszyscy kochają jego, a nie mnie :); ani to, że Polacy wczoraj przegrali ze Szwedami. Właściwie łagodne przełknięcie przegranej naszych szczypiornistów zawdzięczam w równym stopniu, co odmianie pogody - panu redaktorowi z radiowej Trójki. Otóż wczoraj w zapowiedziach meczu powiedział on coś w tym stylu, że Polacy, dla dodania sobie ducha walki, powinni - wzorem nowozelandzkich rugbystów - odtańczyć przed Szwedami rumbę....Hm...rumbę? Oczywiście ktoś natychmiast sprostował, że nowozelandzcy rugbyści tańczą hakę, a nie rumbę, ale ja oczami wyobraźni już zobaczyłam jak Siódmiak, spoglądając głęboko w oczy Shreka, porywa go w namiętny pląs, a Kola obejmując wpół Lijka zawisa nad jego przechylonym w wężowym skręcie ciałem, całość zaś układu zdaje się zmysłowo szeptać: "Zobaczcie chłopaki jak zaraz z wami zatańczymy".
Wyobrażenie ubawiło mnie okrutnie, przegraną przeżyłam, zima piękna.... i trwałabym w tym błogostanie, gdyby nie okazało się, że Cyfrowy Polsat zabiera mi BBC Lifestyle. No, jak mam przetrwać czyhające depresje - opresje, jeśli nie będę mogła obejrzeć "Królewskiego menu" i "Targowiska antyków"?! No, jak?! I żeby nie było, że jestem taka pretensjonalna! Twórcy programów potwierdzają moje najgłębsze przekonanie, że można mówić o gotowaniu jak o prawdziwym akcie sztuki, a bibelot przedstawiać jak mikrokosmos. Najprostsze i najbanalniejsze, wydawałoby się - jeśli przystanąć, wsłuchać się, spróbować zrozumieć lub pojąć - okazuje się świątynią pasji, magii, artyzmu. Moje "Bibisy" wpisywały się na listę podobnych fascynacji literacko-filmowych: "Uczta Babette", "Jedwabna opowieść", "Czekolada"...a teraz...a teraz staję przed łupieżcami w rozkracznym przysiadzie, biję się po udach i ryczę dziko : "Ka mate! Ka mate! Ka ora! Ka ora!"
Hm, no cóż, drżyjcie. To mówiłam ja, Róża Franczak.
Wyobrażenie ubawiło mnie okrutnie, przegraną przeżyłam, zima piękna.... i trwałabym w tym błogostanie, gdyby nie okazało się, że Cyfrowy Polsat zabiera mi BBC Lifestyle. No, jak mam przetrwać czyhające depresje - opresje, jeśli nie będę mogła obejrzeć "Królewskiego menu" i "Targowiska antyków"?! No, jak?! I żeby nie było, że jestem taka pretensjonalna! Twórcy programów potwierdzają moje najgłębsze przekonanie, że można mówić o gotowaniu jak o prawdziwym akcie sztuki, a bibelot przedstawiać jak mikrokosmos. Najprostsze i najbanalniejsze, wydawałoby się - jeśli przystanąć, wsłuchać się, spróbować zrozumieć lub pojąć - okazuje się świątynią pasji, magii, artyzmu. Moje "Bibisy" wpisywały się na listę podobnych fascynacji literacko-filmowych: "Uczta Babette", "Jedwabna opowieść", "Czekolada"...a teraz...a teraz staję przed łupieżcami w rozkracznym przysiadzie, biję się po udach i ryczę dziko : "Ka mate! Ka mate! Ka ora! Ka ora!"
Hm, no cóż, drżyjcie. To mówiłam ja, Róża Franczak.
niedziela, 9 stycznia 2011
Zasadniczo nie lubię Instytucji Postanowień Noworocznych. Zagadnięta o takowe - w zależności od stopnia zażyłości z Pytającym - rozpościeram przed nim wachlarz grymasów twarzy zdradzających dezaprobatę dla przedmiotowej sprawy. Jestem niestety przedstawicielem ginącej rasy, co to uważa, że świat można zmieniać codziennie, a nie raz do roku. Przyznaję jednak, że cezury czasowe i mnie czasem uskrzydlają i w ten sposób w okolicach Nowego Roku zaczęłam przemyśliwać nad małym domowym przewrotem. Ostatecznie zaćmienie słońca mnie oświeciło i poczułam, żem gotowa przejąć dowodzenie nad Barakowym blogiem. Sprawa nie jest jednak prosta: mam arcywysoki poziom nieufności wobec rzeczywistości wirtualnej i wstręt do ekshibicjonizmu; kochający mąż i kilkoro zaufanych przyjaciół zaspokaja moje potrzeby wygadania się, na dodatek poziom moich umiejętności blogerskich plasuje się w dość niskich rejestrach. Początki nie będą więc łatwe. Ale pomyślałam, że skoro tak wielu Przyjaciół Galerii sygnalizuje nam, że zagląda na bloga, żeby dowiedzieć się co słychać w Baraku - to może warto zmierzyć się z demonami i zrobić krok naprzód. Krzyś oczywiście wspiera mnie w tej walce i wydaje się nawet całkiem z takiego obrotu sprawy zadowolony (to zdaje się pierwszy w historii przykład zadowolonego Obalonego). Zważywszy na powyższe nie obiecuję szmerów, pawich piór, gadżetów, bajerów i innych takich - za to od czasu do czasu pozwolę sobie nie zajmować Państwa uwagi pierdołami.
To mówiłam ja, Róża Franczak
To mówiłam ja, Róża Franczak
wtorek, 4 stycznia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)
